Informacje

avatar

czmiel
z miasta Wolsztyn
8194.47 km wszystkie kilometry
0.00 km (0.00%) w terenie
14d 04h 46m czas na rowerze
24.05 km/h avg
0 m suma w górę

Kategorie

cele.1  

baton rowerowy bikestats.pl

Znajomi

Moje rowery

Szukaj

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy czmiel.bikestats.pl

Archiwum

LMR, czyli Leszno 2014

Sobota, 17 maja 2014 | dodano:17.05.2014 | linkuj | komentarze(0)
  d a n e  w y j a z d u
90.00 km
0.00 km teren
02:38 h
34.18 km/h
0.00 vmax
*C
HR max(%)
HR avg(%)
m kcal
Podstawowa informacja 1 - dojechałem cały! Podstawowa informacja 2 - złapałem gumę. 

Ale od początku. Do Leszna dotarłem tak, jak chciałem, tj. o 9. Godzina do startu, więc na luzie się zbieram. I tak wpuszczają dopiero od 9:30. I jak nagle nie lunie... Nie powiem, miałem swoje obawy. Leszczyński maraton słynie wszak z trzepaków, a na dodatek taka pogoda. Wraz z czasem się jednak uspokoiło i na start szedłem już pod niekapiącym niebem.

Tu pierwsze zdziwienie. Myślałem, że deszcz odstraszy od wcześniejszego ustawiania się, a o 9:40 już mnóstwo ludu. Ustawiłem się gdzieś tam przyzwoicie i czekam. Wystartowałem spokojnie, przyjechałem tu się ścigać, a nie łamać. Pierwsza kraksa już zresztą 500 metrów za startem. Dorwałem jakąś grupkę i idzie niezłe tempo, chociaż szału nie ma. W grupie zachowywałem się już lepiej niż poprzednio, ale za to niektórzy niezbyt. Jechaliśmy dwójkami. A przynajmniej jechalibyśmy, gdyby każdy trzymał koło, a nie pchał się między dwóch przed sobą, no bo przecież chce wszystko widzieć. Często w ten sposób byłem wypychany, chociaż zapewne poniekąd z własnej winy.

Wszystko szło dobrze. Z incydentów, to dwa razy zrobiło się nerwowo, gdzie sporo hamulców poszło (chyba niepotrzebnie) oraz bidon dostający się między moje oba koła, po którym musiałem przejechać, bo nijak hamować ani robić rybki. Aż tu nagle czuję, że coś jest nie tak. Patrzę na przednie koło..

Guma! No rewelacja! Zatrzymuję się i biorę za wymianę dętki. Doszedł do mnie jakiś koleś, któremu ucieka powietrze i chce pompkę pożyczyć. Ja w międzyczasie sprawdzam oponę (coś mnie tknęło, bo przecież przy 60 kg nie łapie się ot tak gum). Jest i winowajca. Mały metalowy kawałek, który zgiął się w haczyk i nijak nie chce wyjść z opony. Używam łyżek i po 3-4 minutach się z tym uporałem. Koleś wciąż pompuje i już mnie trochę denerwuje, bo muszę podpompować oponę, by ładnie weszła w koło. Czas ucieka, chociaż i tak już było po ptakach. Typ ostatecznie urwał wentyl (a nie miał opony na zmianę!) i poszedł. Ja dokończyłem robotę. Stracony czas - 13 minut.

Ruszam i mam mętlik w głowie. Czekać na grupę za mną (około 1 km) czy gonić grupę przede mną (poza zasięgiem wzroku). Czekam, jadąc powoli. Tylko że oni mnie nie doganiają! Wtedy właśnie zdałem sobie sprawę, że jestem w czarnej dupie. To było dno. Grupa za mną kręciła pewnie tempo 28 km/h.

Jadę więc przed siebie i od tego momentu miałem ITT. Zrezygnowany nie forsuję tempa. Koło miało pewnie z 4-5 bar (więcej nie chciało mi się machać tym pizdrykiem), czas już i tak do bani, a na dodatek założona opona chyba nie zachowywała się normalnie. Kręcę więc spokojnie, co chwilę spoglądając na przednie koło, czy aby na pewno zaraz mi tu nic nie wystrzeli ponownie. W końcu jednak podkręcam tempo (chociaż też bez szaleństw) i po 16 km doganiam jakąś grupę.

Padaka. Jadę więc z nimi tylko chwilę, po chwili dołączając do grupy jeszcze bardziej przede mną i później jeszcze innej. Ostatecznie zaczepiłem się do jednej grupy na 10-12 km. Tempo żałosne, ale moja czasówka mnie już zmęczyła, a przede mną hopki w Zaborówcu. Na nich jednak nie wytrzymuję, depnąłem mocniej i rozciągnąłem grupę. Ktoś tam jeszcze starał się trzymać koło, ale odpuścił.

ITT #2 rozpoczęte. Tym razem już do samej mety czyli +/- 30 km. Dobrze, że chociaż bez wiatru w twarz. Proponuję wyprzedzanym maruderom koło, ale wszyscy odmawiali. Jeden tylko podjął wyzwanie, ale po 500 metrach odpuścił i podziękował ładnie. Dalej już nie proponowałem nikomu. 

Na metę wjechałem z żałosnym czasem. Wkurzony, ale i poniekąd zadowolony, bo jakoś ostatecznie wyszło wszystko, a i ze mnie ta złość zeszła podczas blisko dwóch godzin samotnej walki. Połowę trasy (równo 45 km) przejechałem sam na 5 barach w przednim kole, straciłem 13 minut na pompowanie, ale dojechałem. 

Kurwa.


komentarze
Nie ma jeszcze komentarzy. Komentuj

Imię: Zaloguj się · Zarejestruj się!

Wpisz trzy pierwsze znaki ze słowa slocz
Można używać znaczników: [b][/b] i [url=][/url]