Informacje

avatar

czmiel
z miasta Wolsztyn
8194.47 km wszystkie kilometry
0.00 km (0.00%) w terenie
14d 04h 46m czas na rowerze
24.05 km/h avg
0 m suma w górę

Kategorie

cele.1  

baton rowerowy bikestats.pl

Znajomi

Moje rowery

Szukaj

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy czmiel.bikestats.pl

Archiwum

Wpisy archiwalne w miesiącu

Maj, 2014

Dystans całkowity:795.32 km (w terenie 0.00 km; 0.00%)
Czas w ruchu:27:03
Średnia prędkość:29.40 km/h
Liczba aktywności:14
Średnio na aktywność:56.81 km i 1h 55m
Więcej statystyk

Podsumowanie mikro- mezo- i makrocyklu

Niedziela, 4 maja 2014 | dodano:04.05.2014 | linkuj | komentarze(0)
  d a n e  w y j a z d u
22.50 km
0.00 km teren
00:51 h
26.47 km/h
0.00 vmax
*C
HR max(%)
HR avg(%)
m kcal
Nogi dziwnie świeże były dziś od rana, a za oknem słoneczko, więc wybór mógł być tylko jeden - trening i uwieńczenie mikro- i mezocyklu. A jakby się uprzeć, to nawet i makrocyklu. Już od początku było jednak wiadomo, że tak różowo nie jest. 12 stopni to chyba tylko na termometrze. W rzeczywistości zimny i mocny wmordęwiatr. Ustalona trasa 1-2-3- lub 4-godzinna pozwoliła mi szybko wycofać się z treningu, którego ewentualne straty przewyższały ewentualne korzyści. W rezultacie wyszła niecała godzinka w drugiej strefie. 

Co do tych cykli jednak. Dziś formalnie kończę okres przygotowawczy. Formalnie, bo z racji moich początków przygody z kolarstwem tak naprawdę cały sezon będę jeszcze trenował intensywnie i długo. Wyniki w zawodach nie są ważne. Ważny jest rozwój i myślenie przyszłościowe.

Najpierw może jednak o przeszłości. Wiele się wydarzyło od grudnia, gdy zacząłem przygotowywać się do sezonu. Początki ze sztangą były ciężkie, ale szybko zauważyłem poprawę. Później długie przejażdżki na trenażerze i w zasadzie wszystko szło według planu jeszcze przez kolejny etap - kilkuminutowych interwałów na maksiorka. A potem...

... zaczęły się dziwne rzeczy dziać. Najpierw jakieś dziwne grypsko połączone chyba z infekcją płuc wykluczyły mnie na blisko dwa tygodnie z treningów. Powróciłem, potrenowałem tydzień przed Sobótką i... dopadła mnie sraczka zwana grypą żołądkową. Kolejny tydzień w nosie.

W ten sposób doszedłem do ostatniego etapu, interwałów w czwartej strefie i do dzisiejszego treningu, kończącego okres przygotowawczy do sezonu. Czy jestem zadowolony? Zdecydowanie rozwinąłem się mentalnie i fizycznie. W jakiś sposób dojrzałem do kolarstwa. Dużo czasu spędziłem nad kolarstwem, nie tylko podczas treningów, ale i czytając, oglądając i rozmyślając. Coraz bardziej się wkręcałem i nakręcałem. Także na zawody.

A tych póki co były dwa. Najpierw Sobótka i fatalny występ. Sam czas, średnia prędkość były ok, patrząc na ukształtowanie terenu, wiatr i fakt, że w zasadzie prawie całą trasę jechałem sam. Taktycznie? Katastrofa. Fatalny start, fatalne rozplanowanie treningu. Nie byłem gotów do startu i to, ku mojemu zdziwieniu, bardziej mentalnie niż fizycznie.

Inaczej było w Wolsztynie. Wyścig, którego nie mogłem się doczekać. Wiedziałem, że będzie to poważny test mnie i miejsca, w którym się znajduję. Wytrzymałem tempo, chociaż nie ustrzegłem się kilku błędów. Na starcie - nerwówka, a na pierwszym ostrym zakręcie akordeon prawie mnie wypluł. Również jazda w grupie na ocenę maksymalnie dopuszczającą. A jednak zarówno wynik, czas jak i całokształt wypadł bardzo dobrze. I to pomimo kraksy!

Co będzie dalej? Najpierw zrobię testy, które pozwolą mi zadecydować, na czym chcę i muszę się skupić. W najbliższych dniach odpoczynek, a potem... zobaczymy.

P.S. Wciąż nie wiem, czy wymieniać tę klamkomanetkę. Z jednej strony uszkodzenie nie wpływa na jej funkcjonalność. Z drugiej zaś tak czy siak będę musiał to prędzej czy później naprawić.


Trochę chaotycznie, ale mocno

Sobota, 3 maja 2014 | dodano:03.05.2014 | linkuj | komentarze(0)
  d a n e  w y j a z d u
79.00 km
0.00 km teren
02:49 h
28.05 km/h
0.00 vmax
*C
HR max(%)
HR avg(%)
m kcal
Wyszło mocniej niż chciałem. Z drugiej strony, dzisiaj prawie w ogóle nie chciałem. Z rana obowiązki zawodowe, trochę marznięcia i popołudnie w domku. Niewyspany i jakiś taki niewypoczęty. Trzeci tydzień treningu zrobił swoje - nogi zmęczone, reszta ciała też. Jechać? Nie jechać? Najpierw drzemka!

A po niej późny obiad i o 16 na rower. Nogi podawały lepiej niż bym się spodziewał. Oczywiście z początku lekko bardzo i już mam zaczynać interwał, gdy się odwracam, a za mną nagina jakiś kolarz. Poczekać aż wyprzedzi, czy nie? Chramolę go i zaczynam. Watty się zgadzają więc jadę swoim tempem. Po pięciu minutach słyszę za sobą szum. Koleś powiózł się aż do końca interwału, po czym zrównał i przywitał. 

Stary wyjadacz. Kiedyś kolarz, teraz po 25 latach powrócił. Widać doświadczenie i umiejętność trenowania.. bez żadnej technologii. Nawet licznika nie miał. Widać jednak, że jest mocny. Pochwalił się kilkoma zwycięstwami w lokalnych imprezach i czasówką w dzieciństwie. Przyjemnie się jechało, chociaż...

Sam trening przez to trochę dziwaczny wyszedł. Miało być jak wczoraj - 4x10. A wyszło? Najpierw 1x10, potem jazda po górkach z kolesiem, gdzie w zasadzie wyszedł drugi, trwający 15 minut "pseudointerwał" na pograniczu czwartej strefy. Na koniec dorzuciłem jeszcze 3x10 minutek, kilka kilometrów i do domu.

Ostatecznie wyszedł największy w tym cyklu TSS, więc nie wiem, czy jutro strzelę sobie tę setkę. Zobaczę jak się nogi będą czuć.

Rozjazd? Oj nie...

Piątek, 2 maja 2014 | dodano:02.05.2014 | linkuj | komentarze(0)
  d a n e  w y j a z d u
54.62 km
0.00 km teren
01:54 h
28.75 km/h
0.00 vmax
*C
HR max(%)
HR avg(%)
m kcal
Chciałem poczekać z dzisiejszym wpisem do pierwszej i ostatecznej listy wyników z wczoraj. Wygląda jednak na to, że czekając, nigdy bym już tu nic nie napisał. Pod tym względem kompletna porażka organizatorów. Czy wczorajsza kraksa również? Chyba nie. Auto stało na poboczu, a że to była szykana, to i ekipa się nie zdążyła przegrupować.

Dzisiaj znowu 4x10 minut. Moc udawało się utrzymać, chociaż 4 interwał już bolał. Ktoś może się zdziwić, że nie robiłem dziś typowego rozjazdu. Nie. Po pierwsze TSS nie wyszło zbyt wysokie, a i IF trochę tylko powyżej jedynki. Dystans też nie był zbyt duży. Jutro podobnie, ale postaram się dorzucić trochę km. W niedzielę zaś liczę na 100 km, ale za to typowo endurance/recovery. W ten sposób zamknę cykl i następne dni to luz oraz czas na naprawę tej klamkomanetki...

I jeszcze takie podsumowanie z wczoraj.

Na plus:
- czas/miejsce
- uniknięcia urwania
- nauczenie się wchodzenia w zakręty tak, by efekt akordeonu mnie nie wyczerpał/zerwał

Na minus:
- nerwówka tuż po starcie, zły wjazd na rondo, problemy z wpięciem
- brak umiejętności jazdy w grupie, w efekcie czego spływałem na sam koniec
- brak uwagi pod koniec (kto wie, może udałoby się uniknąć kraksy)

Wyścig o Puchar Burmistrza Wolsztyna

Czwartek, 1 maja 2014 | dodano:01.05.2014 | linkuj | komentarze(0)
  d a n e  w y j a z d u
65.00 km
0.00 km teren
01:31 h
42.86 km/h
0.00 vmax
*C
HR max(%)
HR avg(%)
m kcal
No i jest pierwsza kraksa! Dupa obita, klamkomanetka złamana, lekki ślizg po widelcu. Mogło być gorzej, ale wydatek będzie. Grupa położyła się jakieś 1,5 km przed metą. Przyczyna? Auto na poboczu, które ktoś próbował ominąć. Reszty można się domyślić. Sam nie jestem bez winy. Trzeba było być z przodu grupy.

Co do samego wyścigu. Start to totalna katastrofa. Nie mogłem się wpiąć, źle pojechałem na rondzie i już od początku musiałem gonić. W trakcie wyścigu wychodził brak doświadczenia w jeździe w grupie. Co przesunąłem się do przodu, to spływałem. Dużo sił przez to straciłem. Zwłaszcza na zakrętach 90 stopni.

Jak już jesteśmy przy zakrętach. Po pierwszym, około 15 km, prawie mi grupa przez to uciekła. Niby byłem w środku, ale za późno zacząłem pedałować mocniej i nim się zorientowałem, plecy zawodnika przede mną stały się dziwnie małe. Próbowałem gonić. Nie dałem rady. Dystans się co prawda nie zwiększał, ale też nie zmniejszał. Odwracam się, a za mną kilku zawodników. Zwolniłem, niech inni też pracują. To był dobry ruch. W ten sposób, po trzech zmianach byliśmy w grupie przed nami. A za nami spora grupa, która nie dała rady.

A w tej? Bardzo nerwowo. Co chwilę jakiś zaciąg, bo ósemka uciekinierów była widoczna, jak ten zajączek na wyciągnięcie ręki, więc niejeden się skusił. Szarpania dużo, korzyści mało. Ostatecznie przyjechałem w pierwszej dwudziestce z bardzo dobrym czasem. Zarówno miejsce, jak i czas brałbym w ciemno. Nie chciałem być zerwany i to się udało. Cel osiągnięty. 

A i znam już moje FTP...